Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Długo mnie nie było, ale o tym wiedzieliście.
Teraz przychodzę do Was z pierwszym świątecznym postem w tym roku.
Dzisiaj mamy Dzień Blogera.
Haha, czyli kogo?
Nie jestem od oceniania czy nadawania ról osobom, ale powiem jak ja to widzę.
Na miano blogera trzeba sobie w pewnym sensie zasłużyć.
Blogerem nie nazwałabym osoby, która napisała jeden, czy dwa posty i porzuciła blog.
Nie jest to także osoba, która na lekcji informatyki dostała pracę do wykonania, która ma na celu prowadzenie bloga.
Prawdziwy bloger pisze kolejne posty, bo to lubi.
Nie jest on do niczego zmuszany.
Podam tutaj rzykład ze swojego życia.
Zakładając bloga nie miałam w głowie ciekawych pomysłów na posty, co można zauważyć czytając moje początkowe wypociny (nie polecam).
Miałam przerwę. Wróciłam.
I tak od trzech lat jestem tu z Wami.
Nie piszę regularnie, w dalszym ciągu moje pomysły nie są bardzo satysfakcjonujące.
Jest jedno ale.
Zawsze nagle wpada mi coś do głowy, co nadaje się do podzielenia z Wami, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Czasami długo mnie tu nie ma, ostatnio jest bardzo mało postów, ale po co pisać pierdoły, skoro można raz na jakiś czas wrzucić coś wartościowszego.
Mój blog jest moim częściowym pamiętnikiem.
Bywa, że piszę pod wpływem emocji. Wtedy wszystko może wydawać się jak po wybuchu bomby.
Mam napady niechęci do pisania.
No i najważniejsze:
Pomimo tego wszystkiego, podczas tworzenia nowych postów tracę poczucie czasu i czuję radość.
I widzę, że Wam to też nie przeszkadza.
Czy dzisiaj świętuję? Tak, bo nikt mi tego nie zabroni.
Pochłonęłam się blogowaniem i mam nadzieję, że szybko się to nie skończy.
A żeby było lepiej, już niedługo pojawi się pierwszy post dotyczący moich wakacji na Majorce.
Zapraszam do czytania.
A wszystkim blogerom życzę wytrwałości i radości z roli blogera.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-08-31
Dzień blogera
Majorka część 1
Witam Was w pierwszym majorkowym poście.
Wróciłam i troszkę odpoczęłam, więc zabieram się do roboty.
To był naprawdę zaskakujący tydzień i nie wiem od czego zacząć.
Wypadałoby oczywiście od podróży, ale zobaczymy co z tego wyjdzie.
Samolot miał odlecieć o 14:05.
Mimo tego trzeba było być dwie godziny wcześniej na odprawie.
Kolejka po bilety i oddanie bagażu wydawała mi się spora, ale dopiero za mną tak naprawdę się zaczęła.
Potem przeszłam do kontroli wraz z bagażem podręcznym.
Nie mogłam być "skanowana" wraz z pompą insulinową, więc przeszłam kontrolę jak na filmach.
Mam nadzieję, że ludzie za mną mieli jeszcze dużo czasu do odlotów, bo trochę wstrzymałam ruch.
Przez godzinę chodziłam po obszarze bezcłowym, a potem siedziałam przy "bramce" do samolotu.
Po sprawdzeniu biletu przeszłam do autobusu.
Niestety w Polsce nie było w(y)chodzenia przez rękaw do (z) samolotu.
Z autobusu cała gromada ludzi ruszyła w stronę samolotu.
Ja miałam wejść tylnymi drzwiami.
Wszystkich witały miłe stewardessy i jeden steward.
Po znalezieniu miejsca w samolocie czekałam na resztę pasażerów.
Około 14 odbyły się szkolenia dot. zapinania pasów, korzystania z kamizelki i maski.
W końcu samolot zaczął jechać na pas startowy.
Chwilę tam postał i wystartował.
Oderwałam się od ziemi po 27 sekundach.
Wznoszenie trwało prawie 30 minut, a w tym czasie uszy zatkały mi się niezliczoną ilość razy.
Przez deszczową pogodę w Warszawie widoczność była ograniczona, ale zaledwie po kilku minutach widać było już słońce.
Lot trwał prawie 3 godziny.
Leciałam nad Czechami, Austrią (piękne Alpy), Włochami, Minorką i Majorką.
Dlaczego nad Majorką? Bo lotnisko jest na południu wyspy.
Z całego lotu najgorsze było lądowanie, ale to zależy od pilota, czy coś takiego.
Poerwsza różnica na nowej ziemi: brak chmur, brak deszczu, słońce.
Pogoda piękna, a ludzie poubierani w swetry i bluzy hahaha.
Wyjście z samolotu było przez rękaw.
Odszukanie "odbieralni" bagażu zajęł chwilkę, ale i tak moja walizka była prawie na samym końcu.
Następnie trzeva było odszukać kogoś z biura podróży, co też pochłonęł kilka minut.
Jak się okazało, z całego samolotu, do mojego hotelu jedzie tylko 18 osób.
Na miejsce zawiózł nas autobusik i cdn.
Zapraszam już niedługo do kolejnego majorkowego posta, tym razem o hotelu.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-08-17
Zmiana bloga? To już koniec...
Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Ostatnio zauważyłam, że jest tu więcej przepisów.
Ale spokojnie, będą też i inne posty.
Mam teraz czas na gotowanie i pieczenie, więc jak wyjdzie mi coś lepiej, to wrzucam to tutaj.
To mój taki sposób na zapamiętanie przepisów.
W kolejnym tygodniu raczej nie pojawi się żaden post z powodu mojego wyjazdu.
Chociaż po dzisiejszym zamachu w Barcelonie jest niepewny.
Otóż miałam (dalej mam) z rodziną lecieć na Majorkę.
Po powrocie mam nadzieję, że zasypię Was zdjęciami i wspomnieniami.
Jeśli się uda, to będę pierwszy raz lecieć samolotem.
A jak u Was zapowiada się końcówka wakacji?
Jeszcze jakieś wycieczki w planach?
Oby pogoda dopisała.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-08-16
Ciasto biszkoptowe ze śliwkami
- 5 jajek
- 1,5 szklanki cukru
- 2 szklanki mąki
- ½ łyżeczki proszku do pieczenia
- Śliwki (bez skórek)
Jajka z cukrem miksować 5 minut, masa musi zwiększyć znacznie swoją objętość.
Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i miksować do połączenia składników na małych obrotach.
Po wymieszaniu masę wylać na blachę wyłożoną papierem.
Na wierzchu poukładać śliwki lub inne owoce.
Najpierw całość posypać cukrem waniliowym, a potem jeszcze zwykłym.
Piec w temp. 180° przez 39 minut, a po upieczeniu zostawić w wyłączonym piekarniku na 10-15 minut.
Wystarczy już tylko rozkoszować się smakiem.
Ciasto jest bardzo dobre trochę ciepłe, a także prosto z lodówki.
2017-08-10
Teoria? Praktyka? A może się poddałam?
Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Po tytule można przewidzieć, że będzie on znowu o prawie jazdy.
No i to prawda, więc zapraszam.
Jak wiadomo skończyłam teorię. To było w środę (26.07).
W poniedziałek (31.07) zdobyłam z biura numer do mojego instruktora, do którego zadzwoniłam po południu.
Niestety okazał się, że pierwszy wolny termin ma w poniedziałek 14.08.
No i na tym stanęło.
Więc miałam dwa caluśkie tygodnie do pierwszej jazdy.
Z każdym kolejnym dniem myślałam jak już blisko.
Na szczęście dni szybko mijały, szczególnie weekend.
Nadszedł poniedziałek (7.08), miałam nastawiony budzik na 7:45.
Dlaczego? Nie pamiętam.
Moja mama akurat miała na późniejszą godzinę do pracy i wstała tak jak ja.
Jak to zwykle rano, zaraz po wstaniu zrobiłam fryzurkę, żeby włosy mi do wszystkiego nie leciały.
Wpuściłam kota do domu, nakarmiłam i pomiziałam przed snem.
Krzątałam się po domu, żeby mama miała wolną kuchnię, by w spokoju zjeść śniadanie.
Kiedy już poszła się szykować, zrobiłam sobie śniadanie, które powoli zaczęłam jeść. Była godzina 9:03.
I jak już wsadzałam do buzi ostatni kawałek kanapki, usłyszałam wibrację mojego telefonu.
No to pobiegłam z tą kanapką w buzi do pokoju.
I tu niemałe zaskoczenie, dzwonił mój instruktor.
Nie byłam za bardzo świadoma co się dzieje, więc prawdopodobnie wytarłam uwaloną rękę w koszulkę.
I co się okazało jak już odebrałam?
Wypadła jedna osoba i instruktor jest wolny od 10 do 12.
Moja mama już wychodziła, ale usłyszała, że z kimś rozmawiam, więc to sprawdziła.
No i po spojrzeniu na zegarek (9:05) dała mi chwilkę na ubranie się i umycie zębów.
I tak oto w cztery minuty byłam już w samochodzie razem z mamą.
Ahh, jeszcze zaraz po telefonie biegałam po domu i piszczałam ze szczęścia.
Całą drogę byłam podekscytowana i miałam w głwie kilka pytań.
Popełniłam najgorszy błąd: nie spytałam jakim samochodem jeździ.
I po dotarciu na miejsce miałam jeszcze 25 minut (nie wiem dlaczego tak szybko szłam), chodziłam w różne strony, żeby czas jakoś upłynął.
O godzinie 9:54 stanęłam już pod budynkiem szkoły jazdy. I tak stałam i stałam.
Dokładnie przede mną (na parkingu wzdłuż budynku) zatrzymała się czerwona eLka.
W głowie miałam totalne zamieszanie, bo nie wiedziałam, czy to mój samochodzik.
Na szczęście moje wątpliwości szybko zostały rozwiane, kiedy to jakaś dziewczyna do niego wsiadła. Więc ok, czekam dalej.
Podjechały dwie kolejne eLki i dalej pojechały.
A ja tak sobie stałam do 10:04.
Już chciałam przysiąść na małym murku, ale nagle usłyszałam swoje imię.
Okazało się, że to mój instruktor.
Wskazał mi samochód, do którego miałam wsiąść na miejsce pasażera.
No i tu mała ciekawostka: ja nie jeżdżę z przodu. Kiedyś jak jechałam z mamą z przodu, to po prostu zrobiło mi się niedobrze.
No i siedziałam w autku do 10:07, wtedy pojawił się pan K., który wyszedł z budynku.
Początek szkolenia to była teoria w praktyce, czyli nauka o pedałach, światłach, przełącznikach, kierownicy, fotelu, kontrolkach, itd.
Słuchałam bardzo uważnie i obserwowałam co się dzieje.
Po około 40 minutach nauki zostałam zawieziona na jakiś pusty parking przed blokiem. W okolicy puste uliczki, większość jednokierunkowe.
Na tym parkingu przesiadłam się na miejace kierowcy i poustawiałam wszystko jak w pierwszym zadaniu egzaminacyjnym.
Przeszłam także test ze znajomości skrzyni biegów
No i po chwili ruszyłam. Lecz zaraz silnik zgasł.
Ahh, te sprzęgło.
Skręciłam na parkingu w stronę wyjazdu i wjechałam na główną ulicę.
Tam moim zadaniem było jechanie i zatrzymywanie się.
Stopniowo jakoś się to udawało.
Skręcałam w jakieś uliczki w strefie zamieszkania i jeździłam.
W końcu nadszedł czas na wjechanie na główniejszą drogę i pytanie: czy dam radę dojechać pod szkołę.
Postanowiłam, że się uda.
Jakie miałam szczęście, że na rondo mogłam wjechać od razu, potem na skrzyżowaniu miałam pierwszeństwo. Uff.
Podczas mojej pierwszej jazdy były dwie interwencje instruktora, kiedy przejął kierownicę i samochód zgasł mi max. 6 razy.
Ale w zasadzie te interwencje były konieczne, bo ja jestem zielona w parkowaniu i dziwnym manewrze, jakby zawracaniu.
Jak dojechaliśmy na miejsce, byłam lekko zszokowana (głównie faktem, że oboje żyjemy).
Potem jak wracałam autobusem, to obserwowałam kierowcę, który troszkę wariował na drodze.
Ale to co najważniejsze chciałam Wam przekazać, a szczególnie przyszłym kierującym eLkami: zapytajcie chociaż o rejestrację.
A jak wiecie jak wygląda osoba, która będzie Was szkolić to jeszcze lepiej.
Dlaczego? Bo dowiedziałam się, że moja eLka była w naprawie i pan K. jeździł zapasową.
Myślę, że moja kolejna jazda będzie już bardziej odważna, albo chociaż z mniejszą ilością myśli w głowie.
Doświadczeni kierowcy: może macie jakieś rady dla zielonych?
Ważne pytanie: czy te 30 godzin wystarcza?
Wytrwalcom gratuluję, że dotarli aż tutaj.
To by było na tyle.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-07-26
Wakacje? Studia? A może coś innego?
Hej Kochani,
Witam Was serdecznie w kolejnym poście.
Ostatnio jest ich bardzo mało, w dodatku z serii kulinarnej. Duże zamieszanie.
Przejdę do tematu.
Jak już wiadomo, w kwietniu ukończyłam szkołę, a w maju miałam matury.
W czerwcu zaczęła się rekrutacja na studia.
Miałam niemałe problemy z wybraniem kierunku/ów studiów.
Całą drugą klasę aż do końca pierwszego semestru trzeciej klasy chciałam iść na Matematykę stosowaną.
Za bardzo nie wiedziałam co to jest, co po tym można robić, gdzie pracować, ale cóż, to przecież matematyka - 💜
W okolicach marca moja mama wydrukowała informacje o kierunku Kognitywistyka.
Zaciekawiło mnie to, ale myśl, że ten kierunek jest w Warszawie trochę mnie przeraziła.
Po kilku dniach okazało się, że podobny kierunek - Kognitywistyka i komunikacja - znajduje się w Białymstoku.
30 maja byłam w odwiedzinach w gimnazjum i rozmawiałam z moją wychowawczynią o studiach.
Pod koniec mojej wizyty okazało się, że ona sama by poszła na Kognitywistykę, ale nie ma podyplomówki z tego kierunku.
Zaczęłam się bardziej interesować tym kierunkiem.
W końcu zarejestrowałam się na poniżej wymienione kierunki i uczelnie:
Kognitywistyka - Uniwersytet Warszawski
Matematyka stosowana - Politechnika Białostocka
Informatyka i ekonometria - SGGW
Każdy kierunek inny i na różnych uczelniach.
Na każdej z wyżej wymienionych uczelni były różne daty ogłoszenia wyników.
Najpierw była PB i tam informacja: kandydat niezakwalifikowany na studia.
Następnie SGGW i taka sama informacja.
Na UW było też identycznie.
I tak oto w pierwszej turze wszędzie się nie dostałam.
Druga tura na PB była tego samego dnia, co pierwsza na UW. Nic się nie zmieniło, dalej byłam nie przyjęta.
Jak już cztery razy się nie dostałam, to czułam się strasznie.
No bo kurcze, ktoś czeka, dwnerwuje się, a tu nic.
To było nawet gorsze niż sama matura.
Ahh, no tak, na UW byłam 208 na liście rezerwowej.
Czyli szansy już nie ma.
Piąta szansa (na SGGW) była w ten poniedziałek o 10.
Jeszcze dodatkowo okazało się, że można zmieniać wybrany kierunek.
No i od piątku zastanawiałam się z rodziną na co zmienimy.
No i znowu zapomniałam, na stronie była podana ilość wolnych miejsc oraz liczba osób z wynikiem równym lub lepszym od mojego.
W końcu stanęło na Technologii Energii Odnawialnej.
Jak się zapisałam, to byłam 6 na 16.
W sobotę wieczorem już 12 na 16.
W niedzielę wieczorej już było niebezpiecznie, 15 na 16.
W poniedziałek o 8:50 już byłam 17 na 16.
Było niezłe zamieszanie, w dodatku mój tata z bratem mieli zaraz jechać do Warszawy, a mama była nad jeziorem.
Czytam opisy różnych kierunków, ale nic mi nie pasowało, kompletne zero.
Już zaczynałam się poddawać. Pomyślałam, że przecież we wrześniu są drugie nabory, może gdzieś się dostanę.
O 9:48 do mojego taty zadzwoniła moja mama w celu sprawdzenia, czy podjęłam decyzję.
W tamtym momencie byłam zła na moich rodziców, że chcieli, abym wybrała cokolwiek; jakbym ja sama nie miała zdania, a przecież chodzi o moje studia.
No i kilka sekund przed zakończeniem wyboru kliknęłam i potwierdziłam wybór kierunku Technologia żywności i żywienie człowieka.
Na liście byłam chyba 7 na 39, więc szanse jakieś miałam.
Ale co z tego, skoro zostałam do tego zmuszona.
Kilka godzin o tym myślałam i wiecie co?
To chyba był dobry traf, skoro wybrałam przypadkowo.
Idąc do szkoły średniej, chciałam aby było to Technikum Gastronomiczne.
Jedzenie zawsze odgrywało w moim życiu ważną rolę, głównie przez diety.
No i w końcu poszłam w tym kierunku.
Zostałam zakwalifikowana i wczoraj powiozłam papiery na uczelnię.
Od razu także złożyłam podanie o przyznanie miejsca w akademiku.
Haha, może się spotkamy kiedyś.
Jak już wracałam z mamą to powiedziała: Będziesz płakać? Bo ja to chyba ryczeć.
Dziwnie pewnie będzie, ale trzeba będzie się przyzwyczaić.
Jeszcze dzisiaj rano oglądałam film pt. Wycieczka na studia (nie jestem pewna tytułu).
No i na koniec rodzice żegnali się z dziewczyną, która szła na studia 1000 km od domu.
Tak wyglądały moje przedstudenckie perypetie.
Mam nadzieję, że u Was nie było aż tak źle.
Wow, pobiłam rekord, pisałam ten post przez 150 kilometrów.
No i skończyłam dzisiaj teorię.
W poniedziałek umówię się na pierwszą jazdę, a narazie wychwytuję błędy kierowców.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i dotrwaliście do końca.
Dziękuję.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-07-18
Prawo jazdy
Hej Kochani,
Ogłaszam uroczyście, że dzisiaj zaczęłam kurs na prawo jazdy kat.B.
Niby nic takiego, ale wiadomo, że to coś.
Mogłam już zacząć robić ponad rok temu, ale z moją chorobą nigdy nic nie wiadomo.
W piątek do wyrobienia profilu na kierowcęusiałam pójść do lekarza na rozmowę.
Zwykle przy cukrzycy trzeba robić częstsze badania kierowcy, a mi pani doktor dała max., czyli 5 lat.
Udało mi się wszystko bez problemów załatwić i tak oto dzisiaj miałam już dwie godziny teorii.
W sumie sporo się nauczyłam jak na wstęp.
Zobaczymy jak będzie w kolejnych dniach.
A, no i pod koniec przyszłego tygodnia będę mogła umówić się już na pierwszą jazdę.
Wow, jak się cieszę.
A jak Wam poszło lub idzie robienie prawa jazdy?
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nick








