Etykiety

2017-12-31

Noworoczna gorączka

Hej Kochani,
Mimo ostatnich przygotowań do Nowego Roku mamy jeszcze chwilkę wolnego czasu.
Została już niecała godzinka 2017 roku.
Czy to był dobry rok? Tak.
Czy 2018 będzie lepszy? Oczywiście.
Życzę Wam żebyście właśnie tak myśleli.
Reszta przyjdzie sama.
Dla niektórych szykują się super wydarzenia, inni  będą chcieli odpocząć.
Dla wszystkich niech ten rok będzie najlepszy.
Dla tego bloga i jego czytelników ten rok też będzie lepszy.
Chociaż to właśnie dzisiaj i to właśnie ten post jest numerem 400.
Będzie lepiej w 2018.
Pozdrawiam
Nicki

2017-12-24

Uśmiech w święta

Hej Kochani,
Już za pare/kilka godzin zasiądziemy do stołów.
Spotkamy się i spędzimy ten czas z najbliższymi.
Pomimo, iż teraz pewnie wszyscy jesteśmy bardzo zabiegani, cieszymy się.
Z okazji świąt życzę Wam moi drodzy:
Byście cieszyli się z każdej chwili
I przekazywali innym swoją radość.
Jest o wiele lepiej, kiedy mija się po drodze uśmiechnięte osoby.
Nieśmy uśmiech wszędzie.
Jest radosny czas.
No i wszyscy mamy wolne ;)
Spędźcie święta w miłym towarzystwie i przyjemnej atmosferze.
Wesołych świąt!
Nicki

2017-12-13

Nurtujące pytania

Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Minęło już 10 dni, od kiedy mam tatuaż.
Codziennie po 3 razy dezynfekowałam go i smarowałam specjalnym kremem.
We wtorek i środę trochę bolało przy smarowaniu, normalnie tego nie dotykałam.
Nie zakrywałam, bo skóra musiała oddychać.
Chodziłam z podwiniętym rękawem kurtki nawet przy zimnie i silnym wietrze.
Chłód dobrze działał na lekki ból, który czasami mi towarzyszył.
I to wszystko było zgodnie ze wskazówkami.
Ale jedna rzecz mnie zdziwiła.
Zrozumiałam, że po 3 tygodniach miała schodzić cienka warstwa skóry.
W moim wypadku było to po 6 dniach.
Może coś mi się pomieszało, ale to chyba dobrze, że wcześniej zeszła.
Przynajmniej tak to sobie tłumaczę, że szybko się goi.
Jutro już nie muszę niczym smarować i to jest wielka ulga, bo niestety kremik lubił brudzić ubranie, a szczególnie kurtkę.
Dobrze, że w piątek wracam do domu, to będę mogła ją wyprać w normalnych warunkach.
Największą sensację mój tatuaż zrobił w środę, w kółko słyszałam pytania: bolało? ile kosztował? co tu jest napisane?
Jeżeli Wy macie pytania, nawet takie jak te powyższe, to zapraszam do komentowania.
W każdej wolnej chwili z przyjemnością odpowiem.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki

2017-12-05

Marzenia się spełnia

Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Długo czekałam, żeby napisać ten post. Coś koło roku, bo dokładnej daty nie znam.
Zacznę od tego, że moje motto życiowe brzmi: W życiu trzeba spróbować wszystkiego.
Ostatnio dołożyłam do tego także: Marzenia się spełnia.
Chodzi głównie o to, żeby nie siedzieć bezczynnie, tylko robić to, co się chce. I niczego nie żałować.
I ja tak właśnie zrobiłam. Już kolejny raz.
Jednak pomalowanie włosów w lipcu 2016 nie było bardzo hardcorowe.
Wiecie co planowałam od roku?
Zrobienie tatuażu.
Najpierw wymyślałam w jakich to miejscach mógłby się znaleźć, a potem wzór.
Mój zapał osłabł w połowie roku, jednak po przylocie na Majorkę się nasilił.
95% spotkanych osób miało tatuaże.
Od tamtej pory chciałam mieć tatuaż, ale się bałam. Aż do października.
Wtedy znalazłam wzór, który mną zawładnął. I miejsce przy okazji też już było wiadome.
Czyli zostało już "tylko" pójść i umówić się w studiu tatuażu.
Z tym było gorzej.
Zajęcia na uczelni od rana do wieczora, a w przerwach obiad. Czyli czasu nie ma.
Ale oprócz czasu trzeba znaleźć te studio.
Idąc w połowie października do kościoła rzucił mi się w oczy pewien napis, który jak się okazało, był "nazwą" studia tatuażu.
Sprawdziłam w Internecie, poczytałam opinie i postanowiłam, że tam pójdę.
No i poszłam któregoś razu, ale nawet nie weszłam. Strach wygrał.
Jednak postanowiłam zrobić drugie podejście, lecz w innym studiu, ponieważ z tamtego wyszło dwóch tatuażystów, i nie chciałam żeby mnie później skojarzyli.
Znalazłam w Internecie kolejne, które znajdowało się kilka ulic dalej. Tak myślałam.
Wszystko się rozwiązało, gdy w połowie listopada wysiadłam z metra i przede mną stał baner tego studia.
Gdybym go nie zauważyła, poszłabym w drugą stronę w poszukiwaniu tego studia, a tak miałam już ułatwioną pracę.
Poszłam tam 28 listopada (pewne info z messengera). I nie weszłam.
Po prostu załamka.
Jednak pomyślałam: do trzech razy sztuka.
Wróciłam do akademika i myślałam nad tym.
W środę na wykładach cały dzień o tym myślałam.
Tak się złożyło, że w czwartek zaspałam i zrobiłam sobie dzień wolny.
I to była właśnie moja szansa.
Ogarnęłam się, zjadłam śniadanie i wybrałam się na wycieczkę w stronę metra.
Na moje szczęście przy wejściu akurat odśnieżał jakiś pan, co szybko dotarło do mojej głowy i weszłam.
Akurat jakaś pani miała robiony tatuaż, a ja sierota nie wiedziałam co zrobić.
Tatuażysta zarządził przerwę i zajął się mną.
Pokazałam mu wzór i wybrane miejsce.
Zostało pytanie o cenę i datę.
Bardzo chciałam mieć tatuaż jeszcze w tym roku.
Przypominam: poszłam w czwartek (30.11)
Jaką datę mi zaproponował? Najszybciej piątek (1.12) lub poniedziałek (4.12).
Mało co nie zaczęłam skakać z radości.
I tak oto po namyśle umówiłam się na poniedziałek na godzinę 14.
Do końca dnia i tygodnia chodziłam podekscytowana.
W poniedziałek od 12 do 14 miałam ćwiczenia z informatyki (w zasadzie od 12:15 do 13:45).
Jeszcze nigdy tak szybko nie wyszłam z uczelni. Naprawdę.
Udałam się prosto do studia i weszłam o 13:57.
Na początku się przestraszyłam, bo siedział tam jakiś pan. Myślałam, że pomyliłam godzinę/dzień/czy coś.
Po jego dwóch pytaniach okazało się, że będzie tu pracować. Ulga.
Zaraz przyszedł mój tatuażysta (Emilio) i poszłam z nim omówić sprawę wzoru.
Głównie chodziło mi o sam napis, czcionkę można było zmienić, co też uczyniliśmy.
Odczekałam kilka minut na przygotowanie "prototypu".
W międzyczasie miałam mierzoną rękę kilka razy, w różnych stronach.
Na kartce Emilio przyniósł mój wzór i przymierzał mi go do ręki.
Następnie popsikał mi rękę jakimś płynem i dostałam polecenie, żeby tego nie dotykać przez kilka minut.
W tym czasie przygotowywał, jak się później okazało, kalkę.
Potem znowu popsikał mi rękę, posmarował czymś i przyłożył kartkę, która się przykleiła i po oderwaniu został fioletowy wzór.
I znowu musiałam odczekać 10 minut.
Podczas tej przerwy zostało przygotowane stanowisko pracy. Wszystko obwinięte folią spożywczą.
Emilio poprosił mnie do stanowiska, i po wzięciu głębokiego oddechu, usiadłam.
W międzyczasie zostałam uspokajana przez drugiego tatuażystę.
Emilio naciągnął mi skórę i zaczął swoją pracę.
Zaczął wykonywać napis od końca.
Na początku poczułam lekkie ukłucia.
Ciągle miałam wrażenie, że krew zaraz wystrzeli.
Myślałam, że te widoczne niebieskie żyły są tuż pod skórą.
Na szczęście nic złego się nie wydarzyło.
Przy literce "b" ruchy igły były długie, przez co dodatkowo odczuwałam większy ból.
Jednak w połowie bym nie przerwała.
Bezwiednie zaciskałam prawą rękę i mam nadzieję, że lewej nie, bo mogłam uszkodzić Emilio :)
Dopiero po 75% wykonanej pracy rozgryzłam jak działa ta maszynka.
Po skończonym dziaraniu ręka znowu została posmarowana.
Następnie zobaczyłam w lustrze swój tatuaż i radość była jeszcze większa.
Po skończeniu pracy zostałam dokładnie poinstruowana w zakresie pielęgnacji tatuażu.
Jestem przekonana, że to nie jest mój ostatni tatuaż w tym studiu.
Pomimo, iż boję się ruszać ręką i mnie trochę boli, to jestem mega zadowolona.
Nadal nie mogę w to uwierzyć w 100%.
A teraz krótkie wyjaśnienie tatuażu:
Napis: Diabetic
Tatuaż i cukrzyca będą ze mną na zawsze.
Studio tatuażu: Immortal Art Tattoo Studio
Na Facebooku: @ImmortalArtTattooStudio
Tatuażysta: Emilio Moreno
Zapraszam do obejrzenia zdjęć.
Dziękuję wszystkim, a szczególnie tym, którzy wytrwali do końca.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki



2017-12-03

Koniec pustki

Hej Kochani,
Witam Was po dłuższej przerwie.
Nie chciałam, żeby tak było.
Wiem jednak, że moje usprawiedliwienia nic tu nie wniosą.
Mam nadzieję, że podczas tych prawie dwóch miesięcy, w jakimś sensie zmądrzałam :)
Nie chciałabym Was opuszczać, bo daje mi to pustkę.
Po statystykach widzę, że niektórzy zaglądali tu, pewnie z nadzieją na nowy post.
Nie obiecuję, że teraz w rekompensacie posty będą pojawiać się bardzo często.
Nie mam pojęcia jaka będzie to częstotliwość.
Mam nadzieję, że na tym poście się nie skończy.
Tego jestem pewna, bo wkrótcę chcę się z Wami czymś podzielić.
No to zostaje nam trzymać kciuki, żeby wszystko się udało.
Życzę Wam miłego dnia i całego tygodnia.
Pozdrawiam
Nicki

2017-10-16

Weekendy w domu, czy w akademiku?

Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Post ten miał aię pojawić na blogu tydzień temu, więc przepraszam za opóźnienie.
Będzie on o tym samym, co miał być.
Tak więc już nie przeciągam i zapraszam do czytania.
Studia w innym mieście jak wiadomo wiążą się z jedną bardzo oczywistą sprawą, a mianowicie chodzi o weekendy.
W ubiegły piątek pierwszy raz wróciłam do domu na dwa dni.
Tak się złożyło, że akurat mój tata jechał z Warszawy do domu.
Dodatkowo miałam przełożone ćwiczenia na wcześniejszą godzinę i miałam wolne już o 12.
Przed wyjazdem powyjadałam z lodówki wszystko to, co mogłoby się zepsuć.
Posprzątałam w pokoju i spakowałam walizkę.
W czwartek myślałam, że pojadę z plecakiem, ale jak przygotowałam wszystko do spakowania, to musiałam wziąć walizkę.
W domu nie było jeszcze tylko mamy, a kot został porządnie wymiętoszony.
Mam wrażenie, że rodzina pomyślała, że ja nic nie jadłam w ciągu tygodnia.
A to dlatego, że najpierw zjadłam 3 jajka, potem talerz frytek i jeszcze jakieś kanapki.
To był jakiś nagły głód, bo moje studiowanie nie przypomina tego stereotypowego, gdzie student je mało i tylko parówki z czajnika.
Jeszcze żadnych parówek nie jadłam.
Zabrałam ze sobą do domu kilka zeszytów i notatki do przepisania, bo miałam zamiar się pouczyć.
Niestety słabo to wyszło, czas bardzo szybko upłynął.
Notatki udało mi się przepisać dopiero w pociągu do Warszawy.
Chociaż w sumie pracę domową z chemii, którą chciałam zrobić w domu, robiłam w niedzielę wieczorem, czyli już w akademiku.
Przynajmniej w sobotę mogłam się wyspać w swoim łóżku.
Jeden weekend spędziłam w Warszawie, drugi w domu.
Patrząc z okna w akademiku, na przeciwko nie było już tyle pozapalanych świateł, co w ciągu tygodnia.
A w domu była rodzina.
Jeszcze jedną wielką różnicą jest liczba schodów pokonywanych w ciągu dnia.
W domu mam ich 14, ale bez potrzeby nie schodzę na dół.
W akademiku każdemu wyjściu na uczelnię, czy do sklepu towarzyszą 72 schody.
Przy schodzeniu jest łatwo, ale jak trzeba wejść na te czwarte piętro z większymi zakupami, to się wszystkiego odechciewa.
No cóż, przynajmniej wyćwiczę sobie jakieś mięśnie, a potem na nogach będą wystawać żyły :)
Właśnie, wspomniałam o zakupach.
Polecam aplikację Qpony, w której znaleźć można kupony rabatowe i gazetki sklepów.
Za każdym razem jak mam iść po zakupy, patrzę na oferty promocyjne i w ten sposób wybieram, do którego sklepu pójdę.
W pobliżu mam (z tego co wiem) takie sklepy jak: Biedronka, Intermarche, Piotr i Paweł, E.Leclerc i Żabka.
No to jak już wyszliśmy z kampusu, to serdecznie polecam takie coś jak Kumpir&Kebab.
Knajpka mieści się na ul. KEN, ale gdzie dokładnie, to nie potrafię wytłumaczyć.
Ja jadłam tam dwa razy jednego kebaba.
Zwie się chyba Kebab Box, można wybrać rodzaj mięsa i sos, a także czy w środku mają być frytki, czy coś innego.
Moja ulubiona wersja jest z kurczakiem, sosem łagodnym i frytkami.
Za pierwszym razem wzięłam to na wynos i pudełko było zapełbione w 4/5.
Natomiast za drugim razem jadłam na miejscu i pudełko było wypełnione na maxa.
Oczywiście niektórzy zamawiają na miejscu, a wychodzą.
Pewnie robią tak ze względu na ilość żarełka.
W sumie następnym razem chyba też tak zrobię.
Co do poznawania Warszawy, to post może pojawi się w następny weekend, bo wtedy nie wracam do domu.
I tak postanowiłam, że pochodzę i pojeżdżę po stolicy.
Może akurat trafię na coś ciekawego.
A może wiecie o jakimś wydarzeniu i chcielibyście się podzielić?
Albo chociaż coś ciekawego do zwiedzenia?
Za wszystko dziękuję.
A najbliższy post będzie o oczątkach studiowania.
Mam nadzieję, że ten post Wam się spodobał.
Jeżeli macie jakieś pytania, to zapraszam do komentowania.
Życzę miłego weekendu.
Pozdrawiam
Nicki

2017-10-05

Studenckie all-in-one

Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Dzisiaj będzie pierwszy post, który piszę jako studentka.
I o studiach będzie.
Pewnie myślicie teraz, co ja tam wiem o studiach.
No właśnie mało, ale poznaję to nowe życie.
I tak oto jestem właśnie po dwóch dniach zajęć.
Wczoraj miałam 2 ćwiczenia, a dzisiaj 4 wykłady.
Wczoraj wpadłam na bardzo ciekawy (tak uważam) pomysł.
Już wiem, że na ćwiczeniach się sporo pisze.
I po to studenci noszą zeszyty.
Wczoraj miałam ze sobą jeden zeszyt i teczkę z białymi kartkami.
Oczywiście, przepiszę w weekend wszystko z kartek do zeszytu (z chemią nie ma żartów).
Co wieczorem wykombinowałam? Że na dzisiejsze wykłady wezmę tylko teczkę.
Za to w tej teczce będę miała wszystko, co potrzebne - kartki, długopisy, linijka i gumka (jakby mi się nudziło).
I powiem Wam, że to świetne rozwiązanie.
Mając notatki na kartkach macie łatwiej.
Np. jadąc gdzieś, nie musicie targać wszystkich zeszytów, tylko kilka kartek.
Oczywiście to zależy też od przedmiotu, ile będzie pisania itp.
Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć moje studenckie all-in-one, a także część notatek z pierwszych ćwiczeń z chemii.
Jeżeli chcecie jakiś specjalny post związany np. z akademikiem, chętnie wysłucham propozycji.
Jestem tu, żeby sobie i Wam pomagać.
Mam nadzieję, że ten choć krótki, to jakże inny post okazał się interesujący.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki