2017-09-30
2017-09-27
Wyprowadzka, czyli początek w akademiku
Witam Was w moim pierwszym warszawskim poście.
Tak, dzisiaj się wprowadziłam do swojego pokoju w akademiku.
Mogę posługiwać się słowem/wyrazem "swojego", bo jest on jednoosobowy.
Moja komnata znajduje się na samym końcu czwartego piętra w akademiku Grand.
Do korytarza wchodzi się przez samozamykające drzwi.
Korytarz ma wymiary ok. 1m na 2-2,5m.
Po lewej stronie są drzwi do łazienki, a na wprost do pokoju.
Wyposażenie łazienki i pokoju znajdziecue na zdjęciach.
Ja opiszę tylko swoje wrażenia.
Myślałam, że wszystko będzie mniejsze i w gorszym stanie.
Jestem pozytywnie zaskoczona ogólnym stanem.
Wszystko ładne, nie śmierdzi i nie ma karaluchów.
Dużo szafek, półeczek (w łazience) i nawet sporo miejsca.
Dodatkowo okno prawie na całą ścianę.
Ah, no tak, wymiary pokoju: 2,8m na 3,5m.
Przed wprowadzeniem szukałam informacji na temat pokoju jednoosobowego, ale nigdzie nic nie znalazłam.
Tak więc ten post jest taką właśnie podpowiedzią dla przyszłych studentów.
Oczywiście odnoszę się do pokoju w akademikach SGGW, bo podobno we wszystkich jest prawie tak samo.
Co mnie bardzo zdziwiło w pokoju, to obecność 8 gniazdek, 3 "wtyczek" na Internet, jednej na TV i jeszcze jakiejś.
Mój tata pomyślał, że to pokój dla informatyka, ale przecież mój akademik jest dla żywieniowców.
Chyba w łazience nie ma żadnego gniazdka.
Teraz tak się zastanawiam, czy nogi mi się zmieszczą wyprostowane na łóżku, bo wydaje się ono jakieś małe.
Przy kwaterowaniu dostałam pościel wraz z poszewkami, koc i lampkę na biurko.
Zapewnione miałam też: lodówkę, krzesło, zestaw do sprzątania i kosz na śmieci.
Może jak wyjadę już na stałe w sobotę, to wstawię więcej zdjęć, a na razie daję to, co mam.
Wybaczcue za chaos, ale co mi się przypomniało, to pisałam.
Kwaterowanie było we wtorek, ale ze względów własnych kończę ten post w środę.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-09-24
Grzybobranie
Witam Was w kolejnym poście.
Na najbliższy post miałam już pomysł, ale tak wyszł, że będzie coś innego.
Jak wiadomo, przez tą jakże "wakacyjną" pogodę w lasach jest wysyp grzybów.
Cieszą się ludzie, cieszą się zwierzęta.
Tylko ja się nie cieszę. Nie lubię grzybów.
Kiedyś byłam na grzybach z babcią i dziadkiem.
Po powrocie cieszyłam się z nowego kolczyka.
Tylko, że nie miałam jeszcze przekłutych uszu.
Moja mama zorientowała się i to był kleszcz.
Miałam wtedy chyba 6 lat.
Później do lasu już nie jeździłam.
Aż do dzisiaj.
Miała jechać cała rodzina albo nikt.
No i pojechaliśmy.
Myślałam, że ja tam będę sobie zwyczajnie chodzić, jednak zaraz po wyjściu z samochodu znalazłam dużego borowika.
No tak, na grzybach znam się tak bardzo, jak np. na tańcu. Czyli jest słabo.
Wiedziałam tylko, że spód kapelusza musi być poduszką.
Jak się pod koniec wyprawy okazało, kanie mają blaszki, a nie są trujące.
Udało mi się nazbierać kilkanaście grzybków.
Jednak za często nie patrzyłam na podłoże, bo odgarniałam patykiem pająki i zbierałam pajęczyny z przed twarzy.
Grzyby szybko znikają, więc jeżeli chcecie je pozbierać, to śpieszcie się.
A poniżej przedstawiam Wam moje ładniejsze zdobycze.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-09-23
Majorka część 3
Witam Was w kolejnym, a za razem ostatnim majorkowym poście.
Tym razem przygotowałam post zdjęciowy.
Będzie w nim wszystko to, co przywiozłam z Majorki.
Od razu powiadamiam, że w hotelu poczęstowałam się wszystkimi ulotkami. Ale spokojnie, na zdjęciach umieszczę tylko to, co ciekawsze.
2017-09-14
Majorka część 2
Witam Was w drugim majorkowym poście.
Jak wspomniałam w pierwszym z tej serii, dzisiaj będzie o hotelu, w którym pomieszkiwałam.
Na początku jednak to czego zapomniałam poprzednio.
Lotnisko znajduje się w stolicy, którą jest Palma de Mallorca, a autobus z lotniska zawiózł mnie do El Arenal.
Według mnie to miasto typowo turystyczne, ale całego nie zwiedziłam.
Większość uliczek jest jednokierunkowa, nawet niektóre główne.
Zakwaterowana byłam w Hotel Ipanema Park, który posiada bliźniaka za ulicą - Hotel Ipanema Beach.
Już na wejściu zaskoczenie, bo hotel nie posiada gwiazdek, tylko muszelki :)
Recepcja na przeciwko wejścia, więc człowiek się nie zgubi.
Po lewej stronie kanapy i fotele, a także wejście do baru i na basen.
Po prawej winda, schody i "stołówka".
Miałam pokój nr. 307, więc na trzecim piętrze.
Podczas całego pobytu skorzystałam z windy tylko raz, na początku.
Potem za każdym razem pokonywałam 57 schodów, bo można było poskakać.
A w windzie co zrobisz? No właśnie, nic.
Zaraz po przyjeździe była kolacja - wszystkie posiłki były w formie stółu szwedzkiego.
Wybór był całkiem spory, każdy znalazł coś dla siebie.
Nawet ja miałam świeżo wypiekane bułki bezglutenowe.
Wystarczyło poprosić kogoś z obsługi i były gotowe po 8 minutach.
Tak więc bezglutenowcy - miejsce sprawdzone i godne odwiedzenia.
Przy każdym "daniu" stały tabliczki z nazwą, w tym na samym dole po polsku.
Do śniadania podłączone były automaty z napojami - tu już tylko po hiszpańsku.
Natomiast do obiadów i kolacji - lody.
Lodową normę miałam wyrobioną już trzeciego dnia, bo prawie zawsze brałam po 2 gałki każdego z 3 smaków.
Do tego 3 polewy i kolorowa posypka - jak korzystać, to na całego.
Posiłki były wydawane w godzinach:
7:45-10:30 - śniadanie
13:15-15:15 - obiad
18:30-20:45 - kolacja (lub coś koło tych godzin)
Pomiędzy posiłkami można było korzystać z basenu.
Mała część to brodzik (może 3 m²), a większa to normalny basem z szybkim wzrostem głębokości (od 1,4 m do 2,3 m).
Nie był ani mały, ani ogromny.
Kilkanaście osób mieściło się jednocześnie i było jeszcze miejsce na skoki do wody.
Wokół basenu były porozstawiane leżaki i kilka stolików pomiędzy nimi.
Z basenu można było korzystać średnio do 21.
Nad wejściem do baru była duża dmuchawa, pod którą stałam nawet po kilka minut po spaleniu przez słońce.
W barze miło się siedziało i czytało książkę.
Co prawda, robiłam to tylko raz i to w sobotę, ale czytałam przez ponad 3 godziny, co oznacza, że miło spędziłam ten czas.
A propos końca wyjazdu - w hotelu jest przechowalnia bagażu.
Nie wiem, czy to już wszystko.
Pewnie nie, dlatego jak coś mi się przypomni ważnego, to dopiszę.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
2017-08-31
Dzień blogera
Hej Kochani,
Witam Was w kolejnym poście.
Długo mnie nie było, ale o tym wiedzieliście.
Teraz przychodzę do Was z pierwszym świątecznym postem w tym roku.
Dzisiaj mamy Dzień Blogera.
Haha, czyli kogo?
Nie jestem od oceniania czy nadawania ról osobom, ale powiem jak ja to widzę.
Na miano blogera trzeba sobie w pewnym sensie zasłużyć.
Blogerem nie nazwałabym osoby, która napisała jeden, czy dwa posty i porzuciła blog.
Nie jest to także osoba, która na lekcji informatyki dostała pracę do wykonania, która ma na celu prowadzenie bloga.
Prawdziwy bloger pisze kolejne posty, bo to lubi.
Nie jest on do niczego zmuszany.
Podam tutaj rzykład ze swojego życia.
Zakładając bloga nie miałam w głowie ciekawych pomysłów na posty, co można zauważyć czytając moje początkowe wypociny (nie polecam).
Miałam przerwę. Wróciłam.
I tak od trzech lat jestem tu z Wami.
Nie piszę regularnie, w dalszym ciągu moje pomysły nie są bardzo satysfakcjonujące.
Jest jedno ale.
Zawsze nagle wpada mi coś do głowy, co nadaje się do podzielenia z Wami, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Czasami długo mnie tu nie ma, ostatnio jest bardzo mało postów, ale po co pisać pierdoły, skoro można raz na jakiś czas wrzucić coś wartościowszego.
Mój blog jest moim częściowym pamiętnikiem.
Bywa, że piszę pod wpływem emocji. Wtedy wszystko może wydawać się jak po wybuchu bomby.
Mam napady niechęci do pisania.
No i najważniejsze:
Pomimo tego wszystkiego, podczas tworzenia nowych postów tracę poczucie czasu i czuję radość.
I widzę, że Wam to też nie przeszkadza.
Czy dzisiaj świętuję? Tak, bo nikt mi tego nie zabroni.
Pochłonęłam się blogowaniem i mam nadzieję, że szybko się to nie skończy.
A żeby było lepiej, już niedługo pojawi się pierwszy post dotyczący moich wakacji na Majorce.
Zapraszam do czytania.
A wszystkim blogerom życzę wytrwałości i radości z roli blogera.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki
Majorka część 1
Witam Was w pierwszym majorkowym poście.
Wróciłam i troszkę odpoczęłam, więc zabieram się do roboty.
To był naprawdę zaskakujący tydzień i nie wiem od czego zacząć.
Wypadałoby oczywiście od podróży, ale zobaczymy co z tego wyjdzie.
Samolot miał odlecieć o 14:05.
Mimo tego trzeba było być dwie godziny wcześniej na odprawie.
Kolejka po bilety i oddanie bagażu wydawała mi się spora, ale dopiero za mną tak naprawdę się zaczęła.
Potem przeszłam do kontroli wraz z bagażem podręcznym.
Nie mogłam być "skanowana" wraz z pompą insulinową, więc przeszłam kontrolę jak na filmach.
Mam nadzieję, że ludzie za mną mieli jeszcze dużo czasu do odlotów, bo trochę wstrzymałam ruch.
Przez godzinę chodziłam po obszarze bezcłowym, a potem siedziałam przy "bramce" do samolotu.
Po sprawdzeniu biletu przeszłam do autobusu.
Niestety w Polsce nie było w(y)chodzenia przez rękaw do (z) samolotu.
Z autobusu cała gromada ludzi ruszyła w stronę samolotu.
Ja miałam wejść tylnymi drzwiami.
Wszystkich witały miłe stewardessy i jeden steward.
Po znalezieniu miejsca w samolocie czekałam na resztę pasażerów.
Około 14 odbyły się szkolenia dot. zapinania pasów, korzystania z kamizelki i maski.
W końcu samolot zaczął jechać na pas startowy.
Chwilę tam postał i wystartował.
Oderwałam się od ziemi po 27 sekundach.
Wznoszenie trwało prawie 30 minut, a w tym czasie uszy zatkały mi się niezliczoną ilość razy.
Przez deszczową pogodę w Warszawie widoczność była ograniczona, ale zaledwie po kilku minutach widać było już słońce.
Lot trwał prawie 3 godziny.
Leciałam nad Czechami, Austrią (piękne Alpy), Włochami, Minorką i Majorką.
Dlaczego nad Majorką? Bo lotnisko jest na południu wyspy.
Z całego lotu najgorsze było lądowanie, ale to zależy od pilota, czy coś takiego.
Poerwsza różnica na nowej ziemi: brak chmur, brak deszczu, słońce.
Pogoda piękna, a ludzie poubierani w swetry i bluzy hahaha.
Wyjście z samolotu było przez rękaw.
Odszukanie "odbieralni" bagażu zajęł chwilkę, ale i tak moja walizka była prawie na samym końcu.
Następnie trzeva było odszukać kogoś z biura podróży, co też pochłonęł kilka minut.
Jak się okazało, z całego samolotu, do mojego hotelu jedzie tylko 18 osób.
Na miejsce zawiózł nas autobusik i cdn.
Zapraszam już niedługo do kolejnego majorkowego posta, tym razem o hotelu.
Życzę miłego dnia.
Pozdrawiam
Nicki




































